Nadszedł

oto kwiecień. Wreszcie nie ma śladu po śniegu (chociaż dziś podobno padał, ale ja szczęśliwie ten moment przespałam), trawa się zieleni, drzewa wypuszczają pąki, a przy skrzyżowaniu Kruczkowskiego i Al. 3 maja w Warszawie to już nawet stokrotki widziałam. Jednakowoż muszę przyznać, że kiedy zobaczyłam robactwo wlatujące sobie z radością przez moje okno zatęskniłam trochę za temperaturami rzędu -5 stopni...
W ostatnim PRLive udział wzięłam jednak z radością. Jakby ktoś był ciekawy szczegółów, to można się z nimi zapoznać tu. A teraz znów zanosi się na posuchę koncertową, przynajmniej do Juwenaliów chyba.
W międzyczasie po raz piąty obeszłam zapowiadane osiemnaste urodziny. Obeszłam z pudłem chusteczek na podorędziu (na szczęście tych miękkich, z balsamem z velveta), gdyż z okazji poprawy pogody dopadł mnie katar. Musiałam w związku z tym zrezygnować również z paru imprez, na które mnie zapraszano na ten dzień. Na pocieszenie przyjechały do mnie túró rudi i węgierskie wino, które wraz z importerem w osobie Ali skonsumowałam na tę okoliczność. A tak naprawdę to choćbym nie wiem jak nie chciała tego mówić, to mam dwadzieścia dwa lata. Dwadzieścia dwa kurwa lata. To jest naprawdę przerażające. Szczególnie, że cały czas straszy mnie z jednej strony biała karta za mną, krzycząca "nic nie zrobiłaś!", a z drugiej biała karta przede mną z "a co będziesz robić?". Na razie studiuję i staram się nie myśleć o tym, że nie mam zielonego pojęcia, co zrobię ze swoją osobą jak te studia kiedyś wreszcie ukończę, a plan B nie wypali. Mam być importerem śliwek węgierek czy założyć budę z plackami po węgiersku? A do tego mama składając mi życzenia urodzinowe wstawiła tam coś w stylu "i żebyś tam jakiegoś fajnego chłopaka miała". Jeżeli już moja mama, moja własna matka, która zawsze raczej z ulgą przyjmowała moje powodzenie (a w zasadzie jego brak; dobra, może nie brak, ale to już jest kwestia złożona i nie mam ochoty tego tłumaczyć) u męskiej części świata, bo to zawsze o jeden powód do zmartwień mniej, życzy mi chłopa, to znaczy, że nie jest dobrze. To znaczy, że jest, kurwa, źle, a nawet bardzo źle.
Na domiar złego wracam sobie na święta do domu, wchodzę i niby to jest mój pokój, a tak jakby nie był. Pod moim biurkiem zrobili sobie składzik, na to, co w innych miejscach nie jest potrzebne, rower i krzesło są poustawiane tak, żebym przypadkiem nie mogła do biurka od razu usiąść (chociaż w sumie po co tam siadać, skoro i tak nie ma nóg gdzie potem wcisnąć?), nie wolno mi zamknąć drzwi do pokoju, bo "kotki sobie chcą rano wejść na okno", a że ja nie chcę, żeby mi skakały po łóżku, biurku i szafkach, to już właściwie tylko mój problem. Zimno tu jak w psiarni, nawet z odkręconym kaloryferem, cały czas chodzę w polarowej bluzie. Nie mam gdzie włożyć ubrań do szafy, bo zawalili mi ją swoimi, nie potrzebnymi na co dzień. Ale jak jutro trzeba będzie sprzątać, to wiadomo, kto ma się tym pokojem zająć... I w ten oto sposób nigdzie nie jestem u siebie - ani w Gliwicach, gdzie już mnie nie chcą, ani w Warszawie, gdzie ja nie chcę być u siebie.
Czytam "sobie" powieść Móra Jókaiego "Az arany ember". Ma powieść rzeczona ponoć nawet wersję polską, ale oczywiście wersji tej nie uświadczy się w katedrze hungarystyki. W związku z tym od miesiąca męczę dwutomowe dzieło, dotarłam na razie do 190 strony, przede mną jeszcze jakieś 300. A powinnam do czerwca jeszcze kilka innych powieści przeczytać. Już ciemno widzę tę sesję...
Ska-P na festwialu w Jarocinie - to może właściwie oznaczać tylko jedno - przyjmą mnie na któryś z letnich kursów. I z tego nawet się cieszę. Albo nie przyjmą, ale bilety na Jarocin zdążą się już rozejść. I to mnie mniej cieszy. I brzmi o wiele prawdopodobniej. Na Metal Fest chyba jednak żal mi pieniędzy, tak samo jak na Volt Festival, na Rockmaratonie jak na razie średnio ciekawie, na Woodstock pojadę, jeśli nie będę na Węgrzech, a Open'era zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami olewam, pomimo koncertu Pearl Jamu nawet. Trudno.
Wesołego jajka!

Lilly Lill 2010-04-03 00:44:39
skomentuj(3)




Nadszedł

Powrót na główną