Ferie,

ferie i po feriach. Jak zwykle, jak co roku. Dożyłam do końca w szkole muzycznej, potem zgodnie z planem przeniosłam się na nieco cieplejsze południe kraju, spotykając się przy okazji z tymi i owymi dawno niewidzianymi i dorabiając się nowego płaszcza (a jest to ważna informacja, gdyż poprzedni nowy płaszcz nowym był w Roku Pańskim 2004, o ile pamięć mnie nie myli, więc pierwszy raz od paru lat wyglądam jak człowiek). A potem rarytas, na który pół roku czekałam - Budapeszt. Wyjazd poprzedzony krótkim spacerem po Krakowie. Akademik przy ul. Nagytétényi jest oddalony od centrum miasta o jakieś 10 km, więc każdy wyjazd stamtąd w miasto stanowił nie lada wycieczkę, ale powiedzcie sami: czy może być coś lepszego niż akademik, który ma na parterze barek, na przeciwko niego jest całodobowe Tesco? Mogli by tylko odpuścić se z tym ogrzewaniem. Program tygodnia był dość napięty, zwiedziło się to i owo (opera, parlament, galeria narodowa), co nieco zobaczyło (Keleti i Nyugati pu., Városliget, wzgórze zamkowe, bazylikę w Ostrzyhomiu, czy jak kto woli w Esztergomie), odwiedziło tych i owych (Eötvös Loránd Kollégium, Timárowie w Piliscsabie), pobawiło tam i siam (moldvai táncház, impreza walentynkowa w akademiku i koncert Dalriady wespół z Nightquestem, Ideas i Tűzmadárem). I tylko "jedna myśl mnie dręczy". Dlaczego jakąś niepisaną tradycją staje się, że wracam z Węgier niczym zbity szczeniak? Czy to jakieś celowe odgórne działanie, abym jednak wsiadła do tego powrotnego autobusu? Chodziła mi po głowie myśl, żeby niczym Alexander Petrovics, znany szerzej raczej pod swoim zwęgierszczonym nazwiskiem, wziąć tobołek na plecy i iść przed siebie po węgierskich drogach (które obecnie są w trochę lepszym stanie niż za czasów poety), szukając szczęścia i dobrych ludzi, którzy dadzą kawałek miejsca do spania czy chleba. Cóż, w zaistniałej sytuacji przynajmniej miałam ochotę zapakować się w podróż powrotną. Z tym, że "visszanéztem félutamból, szememből a könny kicsordult". I znów chcę wracać, na co mam już zresztą pewien pomysł, ale to dopiero wyjdzie w praniu.
A w Warszawie wcale nie jest dobrze. Przez cały tydzień nie mogłam się zmusić do pójście do szkoły muzycznej, czemu sprzyjał ból gardła i w ogóle takie sobie samopoczucie. Cały czas czuję się tak se, kaszlę, gardło boli, a na bonus nawet dostał mi się antybiotyk, co bym nie załapała jakiegoś zapalenia ucha (bo podobno na to się zanosiło). Nie poszłam przez to wszystko wczoraj na eliminacje do "Szansy na sukces" w Warszawie, na co od paru lat czekałam... Cały czas męczy mnie kwestia tej szkoły muzycznej, w której nie mam najmniejszej ochoty już się pojawiać, ale nie potrafię stanąć i powiedzieć tego jasno i wyraźnie. Noż, mać!
Składam papiery na letnie kursy na Węgrzech i Finlandii. To nie może się nie udać, po prostu nie przyjmuję takiej opcji do wiadomości.

Lilly Lill 2010-02-21 13:32:51
skomentuj(0)




Ferie,

Powrót na główną